Dzień 9

Coraz mniej jaram się fantastycznością diety i samej siebie. Chodzi mi o to, że pierwsze dni chciałam, żeby mnie ktoś pochwalił, że się zdecydowałam zrobić coś, żeby lepiej wyglądać, że postanowiłam zadbać o zdrowie, cokolwiek. A tu cisza. Zero pochwał, braw, fanfar. Kompletnie nic. Za to usłyszałam: „A po co Ci to? Nie masz z czego się odchudzać etc.”.

Prawda jest taka, że odczuwałam dyskomfort w trakcie wchodzenia po schodach. I o ile do tej pory mi to nie przeszkadzało, bo w domu rodzinnym miałam do pokonania tylko dwadzieścia schodków wewnątrz domu, tak teraz po przeprowadzce doszło ich trzy razy tyle. Początkowo się zapaliłam, że złapię kondycję itp. i rzeczywiście z każdym dniem było lżej, ale wciąż za ciężko. Mając psa, który do tej pory mieszkał w domku jednorodzinnym i był przyzwyczajony do wychodzenia „na żądanie” zdarzało się, że dystans na trzecie piętro pokonywałam nawet dziesięć razy dziennie.

Dzisiaj nastał dzień, w którym doceniłam męczarnię poprzednich ośmiu dni. Niezłe samopoczucie, regularne posiłki, brak obsesyjnych myśli na temat jedzenia dla samego jedzenia. Nie ciągnie mnie do „życioumilaczy w tyłku osadzaczy” (słodycze, słone przekąski, słodkie napoje). Nawet za likier własnoręcznie przygotowany przez Pana Cyka podziękowałam bez żalu. Fakt w dziób mu się należy! Jednak doczekałam się już pierwszej nagrody.

Wiecie co było dla mnie najpiękniejszą chwilą na koniec dnia? Przez jedną jedyną malutką sekundę zobaczyłam w jego oczach podziw. Pewnie dlatego, że w głosie nie miałam tego żalu. Po prostu odmówiłam i zajęłam się swoją robotą. Naprawdę nie czułam nieodpartej chęci zamoczenia języka.

Myślę, że gdybym się skusiła to już bym popłynęła i nie skończyłoby się na jednym. Jestem z siebie dumna. Uratowałam swój tyłek przed bombą kaloryczną! Brawo ja 😉

Podsumowanie: Organizm się oczyszcza. Nie czuję już zalegających produktów w przewodzie pokarmowym. Z każdym dniem jest łatwiej.

Porada: Jeśli czujesz głód pij dużo wody. Jeśli nie czujesz głodu też pij wodę, ponieważ wypłukuje ona z organizmu to czego Ci nie potrzeba (złogi, tłuszcz itd.). Lekarze i dietetycy zalecają picie 2 l wody dziennie (poza kawą, herbatą i napojami). Ostatnio się doczytałam, że wody mineralnej należy pić nie więcej jak ok. 2 szklanek dziennie. Podobno lepiej pić wodę źródlaną, która jest uboższa w składniki mineralne, z którymi też lepiej nie przesadzać.

Dzień 7

Od rana mnóstwo biegania, obowiązków i spraw. Pomiędzy jednym, a drugim udaje mi się zjeść śniadanie. W ciągu dnia nie czuję głodu. Obiad jem z godzinnym opóźnieniem pożerając go prawie z talerzem. W trakcie jedzenia uświadamiam sobie jak bardzo jestem głodna.

Pan Cyk znowu nie pomaga. Na kolację kupuje kebaba, choć w jego oczach widzę znaki zapytania czy nie będzie mi to przeszkadzało. Nie widzę powodu dla którego miałby sobie odmawiać jedzenia przeze mnie. W końcu sama chciałam tej zmiany.

Po namyśle stwierdzam, że ja też chcę kebaba. Co tam nazwa. Zamawiam na wynos malutkie pudełko z ryżem. W końcu składniki potrawy są w moim menu.

Po wypiciu jęczmienia odczekuję zalecony czas karmiąc i wyprowadzając psa.

Zasiadam do jedzenia i stwierdzam, że każdy kęs powoduje, że jestem coraz bardziej głodna. W którymś momencie do mózgu dociera informacja, że jednak nie jestem już głodna. Alleluja! Zjadam połowę, resztą dzielę się z Ukochanym. Po godzinie stwierdzam, że zjadłam za dużo. Źle się czuję. Nie mogę spać. W brzuchu mi bulgocze.

Podsumowanie: Nie najadać się na noc. Jeść o wyznaczonych porach. Kebab nie służy. Nie dokarmiać Ukochanego, bo jęczy ze mną.

Dzień 6

Na cały dzień miałam zaplanowaną pracę przed komputerem. W takich sytuacjach może być ciężko…

Wiecie ja tu niby pracuję, a lodówka w kuchni, co może okazać się zdecydowanie zbyt blisko. Pomimo wszystko powtarzam schemat. Regularne posiłki, praca, obowiązki. O dziwo, żołądek nie robił awantur. Chyba się poddał.

Podsumowanie: Regularne posiłki i nie podjadanie zdają egzamin.

Dzień 5

Dziś podobnie jak wczoraj poranek upłynął mi szybko. Nie chciało mi się jeść. Zmusiłam się i zjadam tylko pół krupczastego serka z musli. Za to już o pierwszej poczułam okropny głód. Z pomocą nadeszła mama Pana Cyka i zaprosiła nas na obiad. Na szczęście posiłek zawierał wszystko co ostatnio jadam. Hurra! Nie było deseru. Alleluja! Niestety w związku z jedzeniem poza domem pominęłam porcję jęczmienia, ale nie uzupełniłam jej po powrocie, bo nie byłam pewna jak zadziała.

A teraz muszę się poskarżyć. Połówek mnie nie wspiera w nowym stylu żywienia. W sklepie wkłada do koszyka: piwo, słone przekąski i czekoladę. Gdy patrzę na produkty z utęsknieniem mówi, że się ze mną podzieli. Wiem, że się podzieli, ale ja chcę wytrwać! Dla siebie.

Przed kolacją wypiłam pół szklanki zielonego jęczmienia. Znowu nie chce mi się jeść. Jednak z rozsądku zmuszam się do zjedzenia połowy naszykowanej porcji. Piwo i słone przekąski nie zrobiły na mnie wrażenia tak jak się spodziewałam.

Podsumowanie: Dobry znak. Nie chce mi się jeść. Żołądek chyba się przyzwyczaił.

Dzień 4

Od rana miałam mnóstwo zajęć i nie myślałam o jedzeniu. Po porannym rytuale kawowo-śniadanowym załatwiałam sprawy do późna. Dopiero pod wieczór odkryłam, że zjadłabym konia z kopytami. Po kolacji znowu dopadła mnie chęć na słodycze. Na szczęście w domu nic nie ma. Popijając wodę i herbatę na zmianę dotarłam do dzisiejszej mety. Dzień zakończyłam w sypialni po dwudziestej drugiej, co jak na mnie było dosyć dziwne, bo zazwyczaj kończę dzień znacznie później.
Podsumowanie: Spora ilość zajęć w ciągu dnia odciąga moją uwagę od jedzenia. Nie wiem czy powodem jest zmniejszona ilość produktów i posiłków czy to, że nie mogę zjeść o dowolnej porze jak do tej pory i mózg się buntuje (jem o określonych porach i nie podjadam). Pewnie jedno i drugie.

Dzień 3

Nim wypiłam poranną kawę w głowie pojawiła się myśl o jedzeniu. Siłą zmusiłam się do myślenia na inny temat. Nie zapominam pić przed posiłkami jęczmienia, co by nie wtranżalać za dużo. Płatki śniadaniowe (otręby, owsiane z suszonymi owocami, bez cukru) z białym krupczastym serkiem smakują wspaniale. Nie sądziłam, że to może być tak pyszne jedzenie. Po dziesiątej, żołądek domaga się więcej jedzenia. Postanawiam go zignorować i piję kawę. Na szczęście kawa działa, a praca wciąga mnie tak bardzo, że zapominam o jedzeniu.
Około trzynastej jem drugi posiłek w postaci miksu sałat, z pomidorem, oliwkami i kostkami żółtego sera. Żołądek jęczy tuż przed piętnastą. Piję koktail witaminowy z nasionami i wychodzę do garażu żeby się czymś zająć. Po powrocie zjadłam kolację i relaksowałam się w fotelu przy filmie.
Chciało mi się słodyczy! Bardzo! Na szczęście nic nie miałam. Wypiłam za to szklankę wody. Potem kawę (mam niskie ciśnie, więc o żadnej porze kawa mnie nie rusza). Nadal chciałam słodyczy! OMG! Jak ja to przetrwam?
Podsumowanie: Szklanka wody i wcześniejsze pójście spać uratowały kontynuację zadania.

Dzień 2

Wypróbowałam nasiona Chia. Według zaleceń najlepiej zalać je na noc wodą, aby spęczniały. Oczywiście zapomniałam to zrobić poprzedniego wieczora, więc z samego rana zalałam je jogurtem naturalnym, aby spałaszować je na śniadanie. Nie zauważyłam specjalnie walorów smakowych, ale zdrowie to zdrowie będę testować dalej. Zapalona pomysłem i zmniejszeniem uczuciem głodu postanowiłam zrobić koktail witaminowy. Tym razem nasiona zalane wodą i pozostawione na kilka godzin osiągnęły pożądaną postać. Zblendowałam kiwi i gruszkę, dodałam trochę cukru z brzozy i wodę z nasionami. Smakowało dobrze i co najważniejsze rzeczywiście długo nie czułam głodu. Niezbyt późnym wieczorem zjadłam kolację.
Podsumowanie: Cały dzień nie byłam głodna. Da się żyć zdrowo, bez słodyczy i nie przeżerać się.

Dzień 1

Dzień zwykle rozpoczynam od kawy i tak też postanowiłam tym razem. Nim ją zaczęłam pić, dzwonek do drzwi oznajmił nadejście kuriera, który dostarczył mi nasiona Chia i zielony jęczmień. Przeglądając zawartość paczuszki przypomniałam sobie, że zamówiłam także ksylitol, którym to wreszcie będę mogła zastąpić słodzik. Świetnie się złożyło, bo od razu mogłam go wypróbować.
Na powrót znowu zajrzałam do właśnie dostarczonego pudełka. Zaczęłam czytać etykiety i okazało się, że zielony jęczmień jest sproszkowany i należy go wypić pół szklanki na 20-30 minut przed posiłkiem. Co też uczyniłam. Po wypiciu pierwszej porcji stwierdziłam, że może pyszne nie jest, ale wypić się da. Smak ziołowy. Jedyne co może przeszkadzać to niewielki osad, który może delikatnie osiadać w jamie ustnie i gardle. Do przeżycia. Pierwszy dzień przetrwałam.
Podsumowanie: Regularne i niezbyt obfite posiłki, nabiał, warzywa i owoce dały mi nadzieję. Można tak żyć. Mogę ograniczać się z jedzeniem i wykluczać pewne składniki, w końcu to nic takiego.

46 dni bez alkoholu, chleba i słodyczy

Takie postanowienie chcę zrealizować w pierwszym kwartale 2017 roku. Wszystko zaczęło się już w połowie zimy kiedy odkryłam, że co noc małe zwinne istotki zwane potocznie kaloriami pieczołowicie pracują w mojej szafie i zwężają mi ubrania 😉 Czarę goryczy przelał dzień w którym wybierałam się na urodziny przyszłej teściowej. Strój miałam obmyślony, więc nie martwiłam […]