Dzień 29

Zauważyłam, że wciąż zdarza mi się pomijać dawki zielonego jęczmienia. Czasami jest to spowodowane tym, że jestem na mieście lub u kogoś w gościach i nie mam jak napić się specyfiku pół godziny przed posiłkiem, a czasami po prostu jestem tak głodna, że macham ręką i biorę się do jedzenia. Błąd! Skutki są takie, że wchłaniam trochę więcej jedzenia niż potrzebuję, ponieważ nim mózg zarejestruje, że już się najadłam zjem dużo więcej niż powinnam. Efekt jest taki, że po wszystkim czuję się źle. Nadmiar jedzenia szkodzi.

Dzień 28

Z wdzięcznością wróciłam do swojej paszy. Nie szkodzi żołądkowi, dodaje energii, a z jakim apetytem ją dzisiaj zajadam. Dla urozmaicenia mieszam ją raz z mlekiem, raz z jogurtem naturalnym, a innym razem owocowym.

Powinnam się wstydzić, że zdradziłam „MOJĄ” paszę na rzecz jakiegoś paskudztwa. A Wy macie na swoim koncie podobne zdrady?

Dzień 27

Urodziny przyszłego teścia. O ile cały dzień współpracowałam ze sobą i na imprezę poszłam dziarskim krokiem aczkolwiek głodna. Po co się będę najadać w domu skoro na pewno znajdę coś co będę mogła zjeść. W końcu wykluczyłam tylko niektóre produkty. No głodzić się nie będę. O ile rzeczywiście miałam co zjeść o tyle lekko mówiąc przesadziłam z ilością pomimo powstrzymania się od pochłonięcia słodyczy i alkoholu. Możecie mi wierzyć jak bardzo pożałowałam, że nie jem słodyczy i nie pije alkoholu. Przepyszny tort śmietanowy (nie próbowałam, ale jak śmietanowy to musi być pyszny 😉 ) i nalewka pigwowa (nikt nie robi lepszej od mojej przyszłej teściowej). Nadrobiłam innymi specyfikami. Pewnie trochę z żalu i niezrozumienia współtowarzyszy imprezy, którzy bawili się lepiej ode mnie ze względu na zawartość procentów w napojach.

Przyznam się bez bicia, że ze względu na ostatnie dolegliwości żołądkowe i przygodę z płatkami, pozwoliłam sobie na drobne odstępstwo. Tego wieczoru wypiłam trzy szklanki coli. Bardzo tego pożałowałam już kilka godzin później. Brzuch miałam spuchnięty jak balon. Jedynym plusem picia tego napoju było to, że rzeczywiście dolegliwości żołądkowe całkiem ustały. Kolejna cenna lekcja. Nie pić napojów gazowanych!

Poza tym uważam się za wielkiego twardziela, że mając przed nosem tyle słodkich alkoholi (krem toffi, krem waniliowy, nalewka z pigwy, wiśniówka, kolorowe drinki, wino, miody pitne – wszystko mogło by być potraktowane jako słodycze) i różne, różniaste rodzaje ciast (w tym ten kuszący tort) mogę być z siebie megadumna. I jestem! 🙂

Dzień 26

Obżarstwo płatkami „crunchy” przeobraziło się w przymusowy całodobowy pobyt w domu. Postanowiłam raz na zawsze pozbyć się problemu i bez żalu wyrzuciłam płatki do kosza.

Jeśli macie wrażliwe żołądki nie kupujcie tego typu produktów. Zdecydowanie lepsze i zdrowsze są zwykłe płatki owsiane lub wspaniała kilogramowa mieszanka dostępna „u Niemca” (*to nie nazwa sklepu, tylko prywatny zamiennik, celowo użyty w tekście) , pieszczotliwie nazywana przeze mnie paszą.

Dzień 25

Jestem okropnym łakomczuchem. Nie mogłam pozwolić, aby płatki się zmarnowały i postanowiłam je zjeść. Postanowiłam zignorować późniejszy ból brzucha na rzecz łakomstwa i zaspokojenia chwilowego pragnienia.

To okropne, że rządzą nami tak przyziemne sprawy jak obżarstwo.

Dzień 24

Byłam na zakupach. Oczywiście od progu jak zawsze przywitało mnie świeże i pachnące pieczywo. Dzisiaj nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak ostatnio, ale też smakowicie zapachniało. Muszę Wam się przyznać, że trochę mnie znudziła pasza (*pasza – zdrowe musli składające się głównie z owsianki z dodatkiem ziaren i śladową ilością bakalii), którą wcinam codziennie rano na śniadanie.

Pozwoliłam sobie na małe odstępstwo i kupiłam płatki śniadaniowe tzw. „crunchy”. To był błąd! (Nie rób tego w domu. Co ja plotę?! Nie rób tego sobie!). Płatki pyszne i bardzo ucieszyły moje kubki smakowe i nie tylko. Banan na twarzy jakby małe dziecko dostało ogromniastego cukierka jakiego w życiu nie widziało i nie musiało się nim z nikim dzielić.

Niestety jak się okazało cudownie chrupkie, smaczne i jakże inne od tego jedzonego do tej pory musli okazało się być zasmażane w głębokim tłuszczu. Co mój organizm oprotestował tak bardzo, że skończyło się bólem brzucha i zgagą.

Dzień 23

Z moich doświadczeń wiecie już, że nie należy się przejadać. Niby ja też wiem, a jednak szewc bez butów chodzi. Nie zawsze umiem się zastosować do własnych rad. Efektem tego może być konieczność przebywania w pobliżu łazienki przez kilka godzin.

Wszystko jest dla ludzi, ale z umiarem 😉

Dzień 22

Urodziny taty.

Tego wieczoru bardzo się bałam. Wiedziałam, że będą pyszności w postaci obiadu, tortu i symbolicznego alkoholu. O ile to ostatnie zupełnie mnie nie rusza, tak tort wykonany przez moją mamę mógł mnie złamać. Na szczęście stało się inaczej. Choć moi rodzice nie pochwalają tej „diety” to jestem im wdzięczna, że nie namawiali mnie i na siłę nie wciskali słodyczy. Oczywiście żal mi było, że wszyscy jedzą tort, ale nie dałam się, a swój żal jak zwykle ukoiłam we kubku aromatycznej kawy.

Takie mam zboczenie, że do kawy jest tylko kubek i tylko czerwony wypuszczony przez pewną kawową markę. W innym po prostu mi nie smakuje 😉

Dzień 21

Hurra! Przyszły zamówione przeze mnie zioła, suszone pomidory i cukier z prawdziwą wanilią. Wspaniałości. Pięknie zapakowane i oznaczone, aż same prosiły się, aby je wypróbować. Postanowiłam zrobić sałatkę wiosenną z suszonym oregano, pomidorkami suszonymi na słońcu i ziarnami słonecznika. Pyszna! Polecam Wam serdecznie to taki powiew lata pierwszego dnia wiosny.

Dzień 20

Imprezy urodzinowe zbliżają się wielkimi krokami. Myślę, że obawy o których wcześniej pisałam mogą nie mieć uzasadnienia. Mój organizm ma już swój tryb i sam domaga się jedzenia o stałych porach. Muszę szczerze przyznać, że ostatnio zdarza mi się nie jeść śniadań. Być może jest to spowodowane nieco późniejszym wstawaniem, co powoduje, że dzień staje się intensywniejszy, a tym samym krótszy. Niestety nie ma nic za darmo, bo przez to posiłki się nie zmniejszyły tylko przesunęły. Zdarza się, że o 21ej brzuch domaga się o swoje. Nie jest to ani dobre, ani zdrowe, bo kiedy mózg o 23ej chce już spać żołądek buntuje się twierdząc, że jeszcze tego nie strawił.

Za pewne wiecie, że od ostatniego posiłku do momentu pójścia spać powinno minąć minimum cztery godziny. Podpisuję się pod tym obiema rękami.